WYSZUKIWARKA
zamknij
ZALOGUJ SIĘ
zamknij
zaloguj się przez facebook-a
facebook
wyszukiwarka

Margareta Budner, senator RP zaprasza do lektury prac nagrodzonych w konkursie: Między pokojem a wojną

Materiał promocyjny

Dodano: 17.09.2019 14:49

UCZNIOWIE SZKÓŁ PODSTAWOWYCH ORAZ GIMNAZJÓW

Powiat turecki, miejsce I
w kategorii wiekowej: uczniowie klasy VII i VIII szkoły podstawowej oraz gimnazjów.
Autor: Julia Sobiś ze Szkoły Podstawowej w Chylinie

Na podstawie relacji Zygmunta Połatyńskiego, urodzonego 26 sierpnia 1931r., syna Marianny Sobiś i Antoniego Połatyńskiego, zamieszkałego w Russocicach.

Świadek historycznych wydarzeń jest dla mnie krewnym ze strony mojego taty. Mój pradziadek Władysław Sobiś i mama Zygmunta Połatyńskiego to brat i siostra.

Jak wynika z relacji świadka, który miał wówczas niespełna 8 lat. „Wszystko zaczęło się we wrześniu 1939r., kiedy to wojska niemieckie ogłosiły, że zmierzają w stronę Polski. Wpierw został zaatakowany Gdańsk. Broniono poczty polskiej, i tak się zaczęło... Kazano nam uciekać jak najdalej od wioski. We wsi został tylko Cieślak i Pilecki, którzy nie opuścili swoich gospodarstw. Wraz z mamą (tata był wówczas w wojsku), kuzynem Lucjanem Walewskim, Kordylewskimi i moim rodzeństwem: Kazimierą (1926), Czesławą (1928), Stanisławą (1936) i Zofią (1938) uciekaliśmy i dotarliśmy aż pod Łęczyce. Mieliśmy ze sobą wóz z koniem i krowę. Wtedy też napotkały nas samoloty niemieckie i zaczęły bombardować, słychać było też karabiny. Wraz z mamą i kuzynem ukryliśmy się za krzakami (zaroślami) przy wyschłym stawie. Moje siostry przebiegły na drugą stronę i skryły się w kupkach siana. Bardzo się o nie martwiliśmy, ale trzeba było przeczekać całą sytuację. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Na ucieczce spędziliśmy około tygodnia. We Władysławowie samolot zrzucił bombę na dom, w którym mieszkał kowal. Z Lasów Tucholskich były puszczane bomby, które były gorsze od tych z samolotów. Były wielkości dużego ciągnika. Jedna z takich bomb pękła i spadła na ziemie w okolicach obecnego zakładu pana Medyckiego w Russocicach. Do dziś jest tam dół, który po niej pozostał. Bomby te były nazywane przez Niemców „fajncwaj” (o ile dobrze pamiętam...). Druga z tych bomb rozprysła się w powietrzu nad lasem w Rudzie. Kolejna bomba spadła za kościołem w stronę Smoliny. Jeszcze inna rozpadła się nad cmentarzem w Turku (nowa część) na wprost bramy głównej, zabijając kilku Niemców (7-9), gdyż odbywała się tam narada.

Po tych wydarzeniach mama zdecydowała się, że wracamy do domu. Była wtedy w zaawansowanej ciąży z moim bratem Stanisławem (1939r.). Mimo namowy kuzyna Walewskiego, by iść na Warszawę zdecydowała o powrocie. Drogę powrotną pokonywaliśmy bocznymi drogami, najczęściej porą nocną. Wtedy było najbezpieczniej. Musieliśmy tylko omijać dziury po bombach. Droga była ciężka i trwała kilka dni. Gdy dotarliśmy do domu, był już spokój. W niedługim czasie od powrotu rodził się brat Stanisław.

Utkwiło mi w pamięci pewne wydarzenie, które opowiadał mi mój tatuś Antoni. Wracał z Warszawy do Poznania pociągiem, który był odkryty, było mu bardzo zimno. Tuż za nim jechał pociąg zakryty, więc postanowił się do niego przesiąść. Niestety, pociąg ten zmierzał do obozu. Podczas postoju we Wrześni, tatuś wraz z kolegą zdołali z niego uciec i wrócił do domu. Jak się później dowiedział odkryty pociąg jechał na zachód - do łagrów. Miał zatem dużo szczęścia, że zdołał się przesiąść, a następnie uciec. Z łagrów nie było ucieczki - jedynie śmierć przez zagazowanie bądź śmierć z wycieńczenia czy przepracowania. Gdy dotarł od domu był strasznie zawszawiały, wszy były tak duże, że widać je było gołym okiem. Mama spaliła ubranie w piecu. Tatuś spotkał się z uznaniem pewnej Niemki o nazwisku Schmitt, która była sołtysem wsi. Zasiedliła sobie gospodarstwo, które obecnie należy do państwa Knychalskich i zatrudniła go jako sekretarza ( jej mąż był na wojnie). Tatuś miał jeden pokój, w którym pisał i prowadził wszystkie sprawy papierkowe, stąd też jako pierwsi wiedzieliśmy co zamierza władza niemiecka. Podczas tzw. wysiedleń, front niemiecki wysiedlał tych ze wschodu. Najbardziej ucierpieli Ci, którzy mieszkali przy szosie. Niemcy zabierali Polaków do łagrów, obozów oraz zmuszali do pracy. Pamiętam, że były też comiesięczne łapanki. Najczęściej w nocy lub nad ranem... Kogo złapali wrzucali do auta i wywozili... My mieliśmy to szczęście, że od pani Schmitt wiedzieliśmy kiedy i gdzie będą odbywać się łapanki. Mogliśmy się wszyscy schować do bunkru, który mieliśmy w stodole pod sianem. Bunkier ten zbudował tatuś. Znajdował się on pod sianem, ponieważ było ono twarde, a Niemcy szukając tzn. dźgając szpikulcami nie mogli się przebić i odpuszczali. Bunkier był w połowie stodoły z małym otworem w stronę łąki, by powietrze odchodziło. Takie skrytki były obowiązkowe w każdym gospodarstwie, a wejście było oznaczone zygzakiem. Niemcy podczas łapanek wchodzili znienacka, sprawdzali nawet łóżka - jeśli było ciepłe, zmuszali, by wydać gdzie jest ta osoba, strasznie bili nawet starsze osoby czy kobiety. Chowaliśmy się wielokrotnie. W miejscu, gdzie mieszkałem - w Chylinie, każdy kto został miał gospodarstwo. Było nas niewielu: Rajczyk, But, Darul, Połatyński, Maciaszek, Grzelak. Z czasem zaczęto łączyć małe gospodarstwa w jedno duże. Była to tzw. komasacja.

Podczas żniw, za dzisiejszą remizą w Chylinie, stała maszyna do młócenia zboża. Była ona na pas, napędzana węglem. Zwożono tam wszystkie zbiory, a następnie Niemcy dzieli uzyskane ziarno na osoby w rodzinie, natomiast resztę zabierali na wyżywienie wojska. Było tak, nawet z trzodą chlewną, Niemcy decydowali ile się nam należy mięsa a resztę zabierali. Pamiętam, że był rok 1942 (tak mi się wydaję...), wówczas Niemcy szli na Moskwę i zabierali ludzi do pracy. Chcieli dużo zagrabić i zdobyć. Jednak chcąc wejść na ziemie Rosjan, napotkali na opór. Rosjanie obawiali się, że Niemcy chcą ich zagarnąć do siebie, dlatego odparli ich atak.

Czasy, w których przyszło mi żyć i dorastać były bardzo trudne, pełne strachu, głodu... Ludzie utrzymywali się wyłącznie z rolnictwa, jednakże praca na roli nie było łatwa.

Nie bez znaczenia są wspomnienia 8 letniego chłopca, który wraz z rodziną, udaje się na tułaczkę, by szukać schronienia, który słyszy dźwięk spadających bomb, strzały karabinów... Te wspomnienia są głęboko zapisane w pamięci, tego, dziś już 88 letniego mężczyzny. Choć przyszło mu żyć na przełomie wieków, jest On dla mnie człowiekiem o wielkim sercu, przepełniony pięknymi wartościami. Do dziś ma ogromny sentyment do okrętu „ORP Błyskawica”, na którym był bosmanem podczas służby wojskowej. Wspomnienia ożyły zwłaszcza wtedy, gdy 12 maja 2016r, po 62 latach, jako jeden z nielicznych został zaproszony do Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni.

• • • • • • • • • •

Powiat turecki, miejsce II
w kategorii wiekowej: uczniowie klasy VII i VIII szkoły podstawowej oraz gimnazjów.
Autor: Wiktoria Litwicka ze Zespołu Podstawowej w Chylinie

Podczas drugiej wojny światowej mój pradziadek Wacław Jasnowski urodzony 7 listopada 1926 r. Zamieszkały w miejscowości Siedliska gminy Kawęczyn. Gdy miał 13 lat w lipcu roku 1940 został wysiedlony razem z rodzicami oraz dwoma braćmi do obozu hitlerowskiego w Łodzi - dawniej fabryka. Chłopców w wieku od 13 lat transportowano na tereny IlI Rzeszy do pracy, prapradziadkowie byli zmuszeni okłamać żołnierzy i powiedzieli, że najstarszy syn ma 12 lat. Dzięki temu dziadek uniknął odłączenia od swojej rodziny. W Siedliskach na ich gospodarstwie osiedlili się Niemcy. W obozie panował wielki głód, otrzymywali jeden bochenek chleba na kilkanaście osób. Nakazywano im się rozbierać do naga – myśląc, że idą na stracenie. Okazało się, że chcieli przejrzeć odzież. Przebywali tam około miesiąca. Następnie przewieziono rodzinę do protektoratu w woj. Lubelskim. Zamieszkiwali u pewnej rodziny, tam też nie mieli co jeść dlatego pradziadek musiał chodzić z koszyczkiem po domach i prosić o żywność. Po pewnym czasie ojciec pradziadka Franciszek znalazł niedaleko prace na lotnisku. Dzięki prapradziadkowi polepszyła się ich sytuacja. Kiedy ZSRR wyzwoliły tamtejsze tereny w lipcu 1944 roku, cywile niemieccy opuścili domy wywiezionych. Rodziny powróciły do swoich domów a rodzice pradziadka kontynuowali prowadzenie gospodarstwa rolnego. Po powrocie nie było żadnych zwierząt w gospodarstwie, ponieważ żołnierze Armii Czerwonej wszystko do siebie przywłaszczyli.

Według ustawy z dnia 24 stycznia 1991 o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego” pradziadek Wacław otrzymał zaświadczenie od Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych w dniu 2 września 1997 roku.

Pradziadek przeżywszy lat 89 zmarł 7 grudnia 2015 roku.

Również II wojnę światową przeżyła moja żyjąca prababcia i wdowa po zmarłym mężu Wacławie Adamina Jasnowska urodzona 30 października 1927 roku lat 91 zamieszkała we wsi Olszówka gmina Przykona. Na wsi wówczas zamieszkiwali Niemcy oraz Polacy. Kiedy miała 12 lat w sierpniu parę dni przed rozpoczęciem wojny do sołtysa wsi ojca prababci Piotra przyjechali policjanci i kierownik szkoły i chcieli zrobić tzw. czerwoną noc - chodziło o to, aby prapradziadek wskazywał miejsca żołnierzom gdzie mieszkają Niemcy by ich zamordować. Ojciec prababci stanął oporem i powiedział „a co wy myślicie, że jak wojna się zacznie to Polska powstrzyma Niemców? Jak wybuchnie wojna to parę dni i Niemiec będzie u nas a wy uciekniecie a ja tu muszę zostać bo mam rodzinę i gospodarstwo i jak zastrzelicie teraz Niemców, to też przyjdą nas Polaków zamordują”. Prapradziadek ostrzegł tutejszych mieszkańców niemieckich, ukryli ich w domu oraz w stodole. Kilka dni później nastąpił nakaz oddania broni przez Polaków.  Żandarmeria niemiecka przyszła do domu oraz obstawiła budynek. Siostra prababci chciała wyjść po wodę do studni, pomimo to została zatrzymana. Akurat w tym czasie przebywali mieszkańcy niemieccy u sołtysa za sprawą wydania zaświadczenia o odebraniu koni i wozów przez polskich urzędników w celu ucieczki przed wojną. Prapradziadek był w posiadaniu broni, a interesanci poświadczyli, że ta rodzinna nie posiada broni - w taki sposób odwdzięczyli się za uratowanie życia. W wyniku wybuchu wojny prababcia Adamina musiała przerwać naukę w piątej klasie szkoły podstawowej również jak jej rodzeństwo, do szkoły mogli tylko uczęszczać dzieci pochodzenia Niemieckiego. Na początku wojny Polacy krzyczeli „Guzika od płaszcza nie damy”. Lecz stało się inaczej. Żywność była dostępna tylko i wyłącznie na kartki, ale nie brakowało im jedzenia, ponieważ chowali zwierzęta. Działało to tez w złą stronę, dlatego że musieli sprzedawać za niewielką ilość pieniędzy towar np. zboże, mleko, jaja itp. Prababcia na co dzień zajmowała się pracą na drutach wykonywała rozmaitą odzież dla Niemców, którzy wcześniej mieszkali w Olszówce lecz później zostali przeniesieni na bogatsze polskie gospodarstwo rolne w Szadowie, a Polacy przyszli na ich ubogie ziemie. Również nosiła księdzu mieszkającemu w Psarach bochenki chleba, które piekła jej matka. Proboszcz nie szkodził Niemcom, nie odprawiał mszy i przestrzegał zasad jakie obowiązywały. Pomimo tego został wywieziony do obozu kontrakcyjnego w Dachau. Rodzina przesyłała mu paczki, dzięki temu przeżył. Siostra Kazimiera chciała uczestniczyć w okopach, ojciec był temu przeciwny, lecz wzięła w nich udział. Podczas okopów nadleciały dwa wojskowe niemieckie samoloty, w panice cywile zaczęli uciekać do pobliskiej sterty słomy. Mieszkaniec niemiecki zawołał Kazie aby poszła razem z nim w inne miejsce. Dzięki ternu uniknęli śmierci, lecz wiele ludzi zostało zastrzelonych. Po powrocie do domu siostra nie chciała z nikim rozmawiać, była bardzo zrozpaczona i zamknięta w sobie przez długi czas. Po dłuższym czasie siostra prababci Kazimiera musiała iść służyć w dworze u Niemca w Kaczkach Plastrowych. Zajmowała się tam gotowaniem, sprzątaniem, pracą w polu i przy inwentarzu. Rodzinę odwiedzała bardzo rzadko. Gdy ojciec zaproponował Niemcowi aby zwolnił Kazie ponieważ była bardzo przepracowana i słaba, a w zamian zabrał drugą najstarszą córkę Bronisławę. Niemiec powiedział, że jeśli zwolni to prosto tam - chodziło o obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Pewnego dnia prababcia razem z matką przebywała na łące pojąc bydło, gdy wtem nadleciały samoloty, na szczęście kobiety ukryły się w rowie. Rodzina żyła w ciągłej niepewności, iż III Rzesza mordowała cywilów na wsi oraz w sąsiednich miejscowościach. Prababcia podczas wojny nauczyła się piosenki:

„Pierwszego września smuta nowina,
plagety wiszą, że wojna jest,
żegnam rodziców i Ciebie lubo,
bo na wojenkę już muszę iść,
czwartego września wczesnym porankiem,
armaty biją a Ziemia drzy,
lotnicy jeżdżą miasta gruzują,
Polacy walczą jak niby lwy,
przez dwa tygodnie szła walka krwawa,
I całą siłą cofali nas
i do Łowicza nas prowadzili,
śledzie i ryby dawali nam,
z brudnej sadzawki wodę piliśmy,
gdzie zdechłe konie leżały tam,
potem nas wzięli do swoich Lagier,
tam nas trafiła nędza i głód,
kazali nam spać na zgniłej słomie,
tam pchły skakały i straszny smród,
W niedziele rano,
wczesnym porankiem wachman przychodzi i budzi nas,
wstańcie do pracy polskie sołdaccy,
bo już baory czekają Was,
i my to wszystko cierpieć musieli,
co dzień do Boga modlili się,
byśmy najprędzej do domu wrócili,
ze swą rodziną zobaczyć się,
byśmy najprędzej do domu wrócili,
i ze swą dziewczyną zobaczyć się”.

22 czerwca 1941 roku Ili Rzesza wypowiedziała wojnę Związkowi Socjalistycznych Republiki Radzieckich. 18 stycznia 1945 roku Związek Radziecki dotarł na wieś w Olszówce. Niedaleko wsi w Przykonie na podwórkach znajdowały się Niemieckie po jazdy, które zostały podpalane przez Armie Czerwoną. Prababcia często z całą rodziną ukrywała się w oborze podczas gdy bombardowano niedaleko pobliskiej miejscowości. Żołnierze wtargnęli do sąsiadów myśląc, że zamieszkują tan, Niemcy. Była to Polska rodzina, lecz gdy zobaczyli dziewczynę o blond włosach myśleli, że to Niemka, i przystawili jej broń do głowy. Jej rodzina broniła i mówiła żeby nie strzelać, bo to ich polskie dziecko. Po próbie zabójstwa dziewczyna straciła rozum, dopiero po latach odzyskała sprawność.

Rodzi ce wysłali córkę Adaminę po naftę do znajomej Niemki mieszkającej w Turku ponieważ dla Polaków była trudno dostępna. Wracając do domu prababcia napotkała na drodze uciekających cywilów oraz żołnierzy niemieckich. Ruch był tak duży, że aż trudno było się przedostać w przeciwną stronę. Mieszkańcy Olszówki wołali „żegnaj Adzia”. Prababcia była zaniepokojona, ponieważ rozglądała się czy czasami nie ucieka również jej rodzina, lecz to byli sami Niemcy. Uciekający powiedzieli prababci aby zeszła z szosy i szła polem nie oglądając się za siebie. Z okna ojciec prababci dostrzegł trzech żołnierzy ZSRR, którzy zmierzali do ich domu. Kiedy byli już pod drzwiami prapradziadek otworzył drzwi i jeden z nich wystawił karabin i zapytał„ German czy Polak” ze strachu nie wiedział co odpowiedzieć, ale powiedział Polak. Gdyby oznajmił inaczej skończyłoby to się śmiercią całej rodziny. Dwóch żołnierzy weszło do środka aby się ograć. Natomiast dowódca poszedł do samochodu wystawił antenę i nadawał informacje w języku rosyjskim. Z opowieści wynika, że zginął ponieważ szedł w pierwszej linii frontu. Na podwórzu u prapradziadków był punkt amunicyjny i zawsze pilnowało go dwóch żołnierzy. Praprababcia Antonina podawała im obiady.

Przedstawione wydarzenia w czasie II wojny światowej opowiadała Adamina Jasnowska, która była świadkiem w wielu sytuacjach. Również mąż Wacław przekazał żonie swoją historię, jaką po części opowiedziała.

Polska została zaatakowana 1 września 1939 roku przez III Rzeszę w porozumieniu z ZSRR. 17września bez określonego w prawie międzynarodowym wypowiedzenia wojny zaatakowała Polskę również Armia Czerwona. Atak ten złamał polsko - sowiecki pakt o nieagresji z 1932 roku, który miał obowiązywać do 1945 roku, jednak nie wywołał ze strony rządu polskiego wypowiedzenia wojny. II Woja Światowa - największa woja w historii, objęła konfliktem zbrojnym prawie całą Europę, wschodnią i południowo-wschodnią Azję, północną Afrykę, część Bliskiego Wschodu i wszystkie oceany. Poza większością państw europejskich i ich koloniami, brały w niej udział państwa Ameryki Północnej i Ameryki Południowej oraz Azji. Pochłonęła ona wiele milionów ofiar, dokonała ogromnych strat materialnych, a co najgorsze zniszczenie psychikę ludzi, była czymś nieprzemyślanym, niesprawiedliwym i nieludzkim. 

• • • • • • • • • •

Powiat turecki, miejsce III
w kategorii wiekowej: uczniowie klasy VII i VIII szkoły podstawowej oraz gimnazjów.
Autor: Laura Kwitniewska ze Szkoły Podstawowej w Wyszyni
e

„Oblicze wojny”

Druga wojna światowa, największy koszmar każdego człowieka, który miał miejsce na ziemi. Bieda, uliczne łapanki, śmierć na każdym kroku to tylko niektóre ze słów opisujących to przykre zdarzenie. Moja babcia miała zaledwie pięć lat, gdy miała już styczność z Niemcami. Panowały wtedy wysiedlenia rodzin. Rodzinę mojej babci wysiedlili niedaleko, bo parę ulic dalej. Do tego domu, w którym przebywali wpadli Niemcy. Była wtedy bardzo mroźna zima, panowały ogromne zamiecie śnieżnie, a wysokości śniegu nie dało się opisać. Jak w każdy dzień wszyscy zajmowali się swoimi obowiązkami i nikt nawet nie przeczuwał, że taka sytuacja mogłaby mieć miejsce. Nagle usłyszano otwieranie drzwi i niemieckie krzyki. Wszyscy byli bardzo przerażeni, nie wiedzieli co się dzieje. W progu stanął jakiś mężczyzna w niemieckim mundurze, a za nim stało paru innych, również w tych samych strojach. Niemcy. Czego oni tutaj chcą? Zrobili coś źle? Przerywając przerażającą ciszę Niemiec odezwał się”

- „Przyszliśmy do was się ogrzać. Panuje straszna zamieć.”  -nie mówiąc nic więcej rozsiadł się przy kuchni, zdjął swoje buciory i z pożądaniem wpatrywał się w kuchnię. Drugi rozsiadł się obok niego i powtórzył ruchy kolegi. Pozostali ruszyli na dwór, na wartę. Musieli pilnować swojego bezpieczeństwa. Był to rok 1945, czyli końcówka wojny. Niemcy ukrywali się przed Ruskami. Moja prababcia z babcią uciekły do ostatniego pokoju, a mój pradziadek został z Niemcami. Rozmawiali normalnie, bez żadnego skrępowania. Na początku mój pradziadek był przerażony, ale zachowywał spokój.

Strzał.

Wszyscy podnieśli się i zaczęli szukać miejsca, z którego dochodził hałas. Nagle wbiegł do pokoju Niemiec, który stał na warcie.-Ruscy! Ruscy przyszli! Uciekać kto może! -krzycząc to  zaczął biec w kierunku okna, po czym otwierając je wyskoczył. Za domem było pełno drzew tak zwane olszyny. Wbiegł tam i ślad po nim zaginął. Dwójka Niemców, którzy się ogrzewali nie wiedzieli co zrobić. Nagle pradziadek zobaczył upadające ciało. Jeden zastał zastrzelony. Ruscy wpadli do środka krzycząc: -„ Są tu jacyś Niemcy”? -  Był jeden.

Siłą wyciągnęli go z domu i rozebrali do naga. Siła wyprowadzili go z domu i kazali iść nago, po tak dużym mrozie. Nie ma szans, aby nie zamarzł. Możemy się tylko domyślać co się potem z nim stało. Pradziadek po tym jak został sam szybko uciekł do pokoju wytłumaczyć swojej córce i żonie co się stało oraz chciał pokazać, że on sam żyje. Moja babcia była strasznie roztrzęsiona- jak to dziecko. Szybko rzuciła się do taty aby go przytulić.

- „Zostańcie tutaj! Nie wychodźcie poza ten pokój” rozkazał i wszedł do pokoju z martwym Niemcem. Wszędzie było pełno krwi.  Nie wiedział za bardzo co ma zrobić. Mój pradziadek był ułanem, więc nie miał serca wyrzucić ciała tego mężczyzny czy go spalić. Czuł wewnętrzną potrzebę pochowania go tak, jak każdego człowieka. Nie ważne co zrobił, zasługuje na pochowanie. Może kiedyś będzie rozliczony ze swoich grzechów.

-Mam nadzieję, że Ruscy już poszli, a Niemiec, który pobiegł w olszyny zdążył uciec. Poczekam do wieczora, wtedy wyruszę go pochować. -powiedział sam do siebie, po czym wziął ciało Niemca i opatulił w prześcieradło, a całą krew zmył. Nie chciał by jego córka widziała takie rzeczy. Była zbyt mała.

- Obiecaj, że będziesz bezpieczny. Nie musisz go chować. Naprawdę, wyrządził tyle krzywdy niewinnym ludziom - biadoliła do męża moja prababcia.

-Kochanie, to jest mój obowiązek. Może i zabił wiele osób i nie widział w tym nic złego, ale czy to jest powód aby jego ciało po śmierci zostało sponiewierane? Nie zrozumiał na ziemi swoich błędów, więc może po śmierci je zrozumie. -odpowiedział ze spokojem i wyszedł z ciałem. Na szczęście las nie był daleko, zaledwie parę metrów od ich domu, więc szybko zostawił ciało aby wrócić po łopatę i zaczął kopać. Bardzo szlachetny gest z jego strony. Gdy zakopał ciało było całkiem ciemno, więc jak najszybciej udał się do domu, aby jego żona się nie zamartwiała.

Wspomniałam o tym, że mój pradziadek był Ułanem. Brał on udział w pierwszej wojnie światowej. Jeździł on na bardzo dostojnym koniu. Konie musiały być wtedy bardzo dobrze wypielęgnowane, czyste i dopiero wtedy mogli nimi jechać. Tak przynajmniej opowiadała mi babcia. Podczas jednej z akcji jechał z innymi Ułanami, gdy w pewnym momencie jeden spadł zestrzelony ze swojego konia. Wszyscy zaczęli uciekać, nie przejmowali się swoim kolegą, ponieważ wiedzieli, że albo on zginie, albo oni zginą z nim. Odjechali. Kurzyło się dosłownie wszędzie. Za tym dymem z kurzu stała postać. Był to mój pradziadek. On jedyny został aby pomóc. Wiedział, że z jego pomocą ma szansę przeżyć. Nigdy nie zostawiłby osoby potrzebującej bez pomocy. Miał wspaniały charakter.

Zszedł z konia i szybko podarł swoją koszulę, aby przycisnąć do rany postrzałowej kolegi, po czym wziął go za ramiona i posadził na koniu. Ponieważ rana postrzałowa nie była duża i znajdowała się na łydce, kazał mu jak najszybciej jechać koniem do domu. -Jedź! Nie zatrzymuj się nigdzie! Zaraz do ciebie dołączę. -powiedział po czym uderzył dłonią konia aby ruszył.

Został sam. Na wielki odkrytym polu. Był bardzo prostym celem do strzału. Podczas gdy jego kolega został postrzelony koń się spłoszył i pobiegł parę metrów dalej. Na szczęście pradziadek zauważył go i zaczął biec w jego stronę.

- Spokojnie, nic się nie dzieje.  Wszystko jest w porządku. -zaczął uspokajać wierzgające zwierzę .Po chwili koń jakby zrozumiał wszystko, co się do niego mówiło i uspokoił się. Teraz mógł wsiąść na niego i szybko dojechać do dom u. Tak też zrobił. Zaczął się unosić na koniu w coraz to szybszym tempie. Nawet nie spostrzegł kiedy prędkość była naprawdę duża. Mógł poczuć się wolny, przynajmniej przez chwilę. Znacie to uczucie być wolnym jak ptak? On zapewne właśnie to czuł, uczucie jakby latał. Odczucie to nie trwało długo, gdyż jak zajechał do domu od razu wiedział, że coś jest nie tak. Ruscy stali zgromadzeni przy stodole z wymierzoną bronią w ludzi.

- Co się tu dzieje!? -krzyknął oczywiście po rosyjsku.

Ruscy zerwali się. Zszedł z konia i ponowił swoje pytanie. Oczywiście nikt mu nie odpowiedział. Gdy zauważył, że broń jest nadal wycelowana w jego stronę podjął inną taktykę.

- Proszę was, nie róbcie mu krzywdy. To mój jedyny syn -kłamał, ale wiedział, że były to słuszne kłamstwa. Od ich zależało ich życie.

Ruscy spojrzeli się po sobie i zaczęli tłumaczyć.

- Wrócił z okopów! Nie skończył swojej pracy! Zhańbił nas! -zaczęli krzyczeć.

- Spokojnie, spójrzcie na niego. Jest cały zawszawiony, brudny wychudzony i chory. Nie przydałby się wam już taki. -mówił on prawdę. Stan zdrowotny był naprawdę zły, a do tego wszy i inne robaki chodziły po nim. Ruscy spojrzeli na niego z politowaniem w oczach po czym machnęli ręką i wyszli z podwórka. Uratowany.

Opisywany mężczyzna miał na imię Janek. Jak się potem okazało miał chorobę jelit. Nie mógł on jeść niczego, co mogło zawierać w sobie grudki, a kasza manna, którą potem podawał mu mój pradziadek, musiała być przesiana przez sito. Okropna choroba.

Pewnie zastanawiacie się, jakim cudem potrafił mój dziadek rozmawiać z Niemcami i z Ruskami. Znał parę języków. Jak na tamte czasy był on naprawdę dobrze wyedukowanym człowiekiem i oczywiście bardzo szlachetnym. Zapewne uratował życie jeszcze wielu osobom, lecz niestety ja znam tylko te historie. Jestem naprawdę dumna z tego, że miałam takiego pradziadka.

Okres wojny był naprawdę ciężkim czasem dla wszystkich. Najważniejsze było wtedy być dobrym człowiekiem. Jeśli ktoś potrzebuje naszej pomocy, to udzielmy mu jej. Nawet jeśli ten człowiek wyrządziłby nam naprawdę wielką krzywdę, to i tak trzeba być „lepszym” i pokazać się z jak najlepszej strony. Nawet jeśli jest to wróg, szacunek do drugiego człowieka istniał i istnieć będzie i musimy o tym pamiętać.

• • • • • • • • • •

UCZNIOWIE SZKÓŁ ŚREDNICH

Powiat turecki, miejsce I
w kategorii wiekowej: uczniowie szkół średnich

Autor: Jakub Banasiak z I LO w Turku

„Chcę rozpocząć od tego, że Polska była pod za bora mi, aż do 1918 i gdy nastąpiło wyzwolenie w tym roku to było wielkie szczęście dla ludzi, bo przecież było tyle powstań i żadne nie było udane. Polacy byli bardzo mocnymi patriotami i wiedzieli co to znaczy być pod zaborami i ja też wiem bo ja przeżyłam drugą wojnę. Chciałam zaznaczyć co to znaczy mieć swoją ojczyznę? I każdy, kto z tych młodzieży nie przeżył tego, co nie znają wojny to on się rzuca tak teraz i wymyśla różne rzeczy, natomiast ja tyle przeżyłam i głodu, i nędzy, i sieroctwa. Mój teść, który wrócił po wojnie opowiadał mi, że on już nie chce za granicę nigdzie i nigdy wyjeżdżać, bo on był we Francji, gdy wybuchła wojna. Przed wojną był ciężki czas, była po prostu nędza w kraju, zwłaszcza od razu po odzyskaniu niepodległości, więc ludzie wyjeżdżali za granicę, za zarobkiem. I właśnie ten mój teść właśnie we Francji został wzięty do wojska polskiego razem z francuskim przeciw Niemcom. Wracając cudem uniknął śmierci, ponieważ leżał między trupami. Wrócił bez niczego absolutnie niczego, bez dokumentów, pieniędzy, bez ciuchów na przebranie. W jednym ubraniu, które miał ze swojej pracy we Francji. Był tak zestresowany tymi wszystkimi wydarzeniami, że nie chciał nawet po wojnie jechać na zachód, jak ludzie ze wsi jechali i szukali niewypałów i zarabiali na tym. Powiedział im tak: „Ja nie chcę, żeby mi za nic złotem płacili, bo ja mam tutaj ojczyznę i nie chcę już nigdzie wyjeżdżać”. Tak samo moi rodzice. Ogólnie moja rodzina była niebogata, rodzice nie mieli tak bardzo dużo, dostała mama trochę ziemi na uprawę, ale nie było mieszkania, więc jak wyszła za mąż za tatusia, to on gospodarował tu na miejscu z siostrą swoją. Moja mamusia wyjeżdżała na żniwa do Niemiec zarobić parę groszy i wracała na Jesień. A jak wracała to ja nie chciałam do niej podejść bo nie poznawałam jej. Nagle następuje wojna, ja mam niepełne 4 latka, i słyszymy alarm. Wielki alarm, Sołtys dzwoni, „Wojna, Wojna, Wojna” – krzyki. Ja z ciocią byłam w domu, a rodzice poszli pod las na łąki. Ciocia wyleciała i krzyczy do tatusia „Wracaj bracie, Wracajcie, bo wezwanie masz”.  Mama płacze, Tata płacze, Ja nie wiedziałam co się dzieje, dzieckiem byłam to co mogłam wiedzieć,

ale pamięć mam. Tato się szybciutko goli, a mama była brzemienna, więc tatuś bierze mnie na rękę i mnie przed dużym obrazem serca Pana Jezusa ofiaruje, i Ja to pamiętam tak bardzo dokładnie, Mama płacze, ja płaczę chociaż nie wiem dlaczego i odprowadzamy tatusia do zbiórki, przy szkole, gdzie zbierali się poborowi. Tatuś pojechał, mama niedługo później urodziła to dzieciątko. Niemcy zaraz weszli. Ziemię, z której się utrzymywaliśmy nam zabrali. Domek był niewykończony, parę pokoi było tylko zagospodarowanych. Była z nami też siostra tatusia. Nie było z czego żyć, wszyściutko nam zabrali, nawet krowę. Po sąsiedzku mieliśmy sołtysa niemieckiego, który zabrał najbogatszy dom we wsi. A biednych wysyłali do takich domków jak nasz przypuśćmy, ale nawet po 2 czy 3 rodziny łączyli. Tylko niektórych zostawili samych, jeśli była liczniejsza rodzina. Nas do pewnego czasu też zostawili, lecz potem jak ja poszłam do babci to ciotkę wywalili z domu i dali tam jakichś Niemców kolejnych, którzy tak zniszczyli to mieszkanie, że jak tatuś wrócił po wojnie to się za głowę złapał. Wracając jeszcze to tatuś wrócił z frontu na parę miesięcy. Przy rzece spadł samolot niemiecki, taki huk był. Niemiecki pilot to był i on chyba nawet przeżył to. Nam nie można było o niczym wiedzieć, i jak coś wiedział to cicho komuś innemu powiedział.
I przypomniał mi się też początek wojny jak robił zwiady samolot. Jeszcze nie było braciszka, ciężarna mamusia na przełaj uciekała ze mną i miała pierzynę na głowie, a samolot zaczął strzelać do nas i jakoś szczęśliwie nie trafił. Tak się mówiło, że jak pierzynę na głowę się założy to cię samolot nie trafi bo pierzyny nie przebije. Dobiegliśmy do dziadków. A mój dziadek jak Niemcy się wprowadzili to Niemka od Czarnego morza., ze swoim ojcem i synem na oko 15 lat. Dziadkowie też zostali wyrzuceni ze swojego dużego domu do sąsiednie go małego domku. Ze wszystkim ich wywalili, a meble dla Niemki zostały. Na szczęście dziadek dalej prowadził gospodarstwo, które miał wcześniej, a teraz było pod władaniem tej Niemki. Oni byli Islamistami, nie jedli mięsa wieprzowego, ale uchować musieli bo to mięso szło później dla żołnierzy na front, a że oni nie chcieli tego robić to dziadek wszystko chował. Do tego były jeszcze dwa koni e, które szczęśliwie udało się dziadkowi zachować. Jak mój braciszek się urodził, to żeby głodu nie było, a wtedy to było jeszcze możliwe to moja mamusia szła do sołtysa do prac polowych. Moja mamusia i tak miała szczęście bo część rodzeństwa została powywożona, niektórzy do Niemiec na roboty. Brat mamusi dostał się do obozu koncentracyjnego najprawdopodobniej w Oświęcimiu, nie dostaliśmy oficjalnej wiadomości, ale cynk dostaliśmy. Modliliśmy się gorliwie za niego, ale dostaliśmy wiadomość o jego śmierci. Napisali, że zmarł z powodu choroby, ale czy tak faktycznie było to się można tylko domyślać. Mamusia moja chodziła do tego Niemca. Siostra jej też pracowała u Sołtysa. Pilnowała tam jego dzieci, a dzięki temu też coś uzyskała do jedzenia. Dla nas te rzeczy były takie cudowne. Kawałek chleba czy jakiś owoc, bo Niemcy zaraz wprowadzili kartki. Wszystko zabrali i dali chleba takiego czarnego i w smaku jak glina, a i tak było go bardzo mało, dawali też taką niedobrą marmeladę do tego, też taka glinowata z buraków i jakaś taka niedobra margaryna Nie było pieniędzy, żeby tę kartkę wykupić nawet. Ziemniaki były cudem. Jak byłam mniejsza chodziłam do koleżanki dwa lata starszej…ach ale ona była utalentowana, umiała już nawet niemiecki dosyć mocno i bardzo lubiłam do niej

chodzić, ale upatrzyli ją sobie niemieckie chłopaczyska. Pewnego razu jak poszłam do niej to oni we dwóch byli na podwórku, i mnie zoczyli to już nawet nie uciekałam bo za późno było. Wyjęli brzytwę i chcieli mnie zastraszyć, więc wzięli mnie i powiedzieli: „Teraz cię mam” i jeden z nieb przyłożył mi brzytwę do gardła. Myśleli, że zacznę krzyczeć, ale ja nic nie zrobiłam i tylko myślałam, że to nadszedł mój koniec, niech się dzieje wola nieba. Ale oni mnie tylko trzymali długo i jak nie otrzymali satysfakcjonującej ich reakcji to mnie puścili i jeden z nich krzyknął, żebym stąd spadała. Nigdy o tym mamusi nie powiedziałam, bo się bałam reakcji, a ja tak strasznie chciałam mieć przyjaciółkę. Jak mamusia jeszcze była to nie było takiej biedy, bo coś tam dostawała od tej siostry jak to w rodzinie bywa. Mamusię zabierali dwa razy, bo dwie kobiety były, a ona młoda była, to ją zabierali i zostawiali ciotkę, żeby się opiekowała dziećmi. Mamusię zabierali z tym małym dzieckiem i ze mną do najbliższego miasteczka. I tam SS-mani przeglądali nas wszystkich i jak zobaczył że z dziećmi małymi to dwa razy ją puścili z nami z powrotem. Jednej nocy, a może rankiem, nie wiem dokładnie bo to był początek 1941 roku, to zima była. Okna musiały być zasłonięte, wszystkie, zawsze na czarno. I my zasłanialiśmy w tych małych domkach jak te szczury, ale Niemcy także. I nagle walą w te drzwi. Wchodzi Sołtys i dwóch SS-Mannów, i krzyczą coś po niemiecku i wskazują na mamusię. Mamusia płacze i bierze i nas szykuje, a SS-Mani krzyczą, „Nie wolno! Nie wolno dzieci brać. Tamta” i wskazuje na ciocię. „Ona ma pilnować”. Jak zabrali mamę to głód zapanował. Ja chodziłam do tego miasteczka pobliskiego po maślankę, żeby jakiś posiłek był i jakieś ziemniaczki takie najmniejsze skądś ciocia brała. Ciocia wyszła za mąż za takiego wdowca, dróżnika co naprawiał szosę. Wyszła za niego bo była niemłoda i chciała mieć też jakieś utrzymanie. Jej mąż musiał łupać kamienie i zasypywać dziury, żeby zarabiać jakieś pieniądze. Tymi szosami to się front przemieszczał. My dzieci musieliśmy kamienie zbierać, tak się pozrywałam za tamtego czasu, a wcześniej zioła na opatrunki musieliśmy zbierać dla żołnierzy. Sołtys przychodził i mówił kto i co ma robić. Byliśmy tak głodni, że ja chodziłam do naszego polskiego rzeźnika co dla Niemców robił to mi jakieś resztki kiszczanki dawał. Dzięki temu z tego co nam dawał to ciocia jakiś żurek nam ugotowała. Tego głodu co ja przeżyłam to ja nie zapomnę. Jak już rodziców nie było to ja byłam bardzo chuda, głodna, niedożywiona. Zachorował nam ten mój mały braciszek. I ja poszłam coś mu kupić, jakiegoś cukiereczka, bo tak rozumiałam, że może mu dzięki temu przejdzie choroba, miałam parę złoty bo ciotka kazała mi coś tam kupić do domu, a przy okazji chciałam wziąć tego cukiereczka dla brata. Poszłam do sklepiku i chciałam tego cukiereczka, ale nie dostałam. Miałam żal do sklepowej, że mi nie dała tego jednego marnego cukiereczka, ale dopiero jak dorosłam to zrozumiałam, że ona się po prostu bała. Bo jakby mnie złapał jakiś Niemiec w drodze do domu i zobaczył, że mam cukierka to by się pytał skąd to mam, a dzieci przecież nie kłamią to pewnie bym powiedziała. Dlatego mi nie chciała dać w obawie o swoje życie i pracę. Bo przecież wszystko co lepsze było dla Niemców. Oni też mieli kartki, ale mieli o wiele lepsze rzeczy i więcej niż Polacy. A my to tak jak niewolnicy byliśmy. Jakiś czas później odwiedziłam dziadków, w czasie jak musiałam zbierać te kamienie z pól. Poobrywałam się niemiłosiernie i poszłam do nich. Babcia mnie przyjęła

serdecznie, a ja się skarżyłam, że już nie dam rady, a babcia na to „Nie chodź, nie pójdziesz, jak przyjdą po ciebie to powiem, że chora jesteś. Już cię tam nie poślą. Nie wychodź i koniec!” Dziadkowie mieszkali w takim małym domku, ale mieli co jeść, bo dziadek ziarenka z pszenicy w kieszeni przyniósł, bo siał tam u Niemki. Nieoficjalnie oczywiście. Te ziarenka to w młynku do kawy mieliliśmy. A babcia piekła takie dobre placki na kuchni, na płycie, trochę cukru dosypała. Jakie one były dobre. Innym razem jak przy okazji przyszłam do babci to zobaczyłam pod zasłonką w misce pączki, U babci był też cukier, ja nie widziałam cukru na oczy ani pączków od początku wojny. Jak ciotka coś tam miała to po kryjomu osłodziła i nawet nie pokazała gdzie trzyma. A u babci wszystko to było. Mówię do niej. „Babciuchna kochana, ja tu u ciebie zostanę”, a babcia jak to babcia nie miała sumienia, więc jak powiedziałam, że zostanę to zostałam. Z jeden dzień zostałam i mi się przypomniało o braciszku, który tam sam jest. Mówię, do babci, że ja go tu przyprowadzę, a babcia poszła

i na plecach mojego braciszka przywlokła. Od tej pory zostałam już u babci do końca wojny, aż rodzice wrócili w 1946 roku. Dziadek siał len. Pod koniec wojny jak już Niemcy poszli, dziadek zostawił sobie najmniejszego świniaczka. Wszystko pod koniec wojny jak już Niemcy poszli, to my nie mieliśmy źle bo babcia była krawcową i jak Niemki przychodziły to do niej to jedzenie dawały lepsze. A jak ludzie przyszli z Łodzi to handlowali czym się dało, żeby przeżyć to babcia dawała im kartki za jakieś tkaniny i szyła ubrania z tego. A siostra mamy, która z nami mieszkała to umiała tabliczkę mnożenia bardzo dobrze, potrafiła pisać i czytać. Ona nas wszystkiego nauczyła. Ja napisałam do mamusi list i nawet go zaadresowałam. A ona pewnie nawet nie wiedziała, że to ja sama go pisałam bo ona została zabrana do Niemiec na roboty koło Hanower. A tatuś pracował przy koniach w innym zakątku Niemiec. Ale się szczęśliwie złożyło, ze tatusia przenieśli z tamtej części do mamusi i razem tam byli. Ale me tylko oni tam byli ze znajomych, bo wtedy co mamusie zabrali to dużo osób, znajomych i krewnych pozabierali do Niemiec. Mój tatuś jak został zabrany na wschód do walk, to jego oddział został rozbrojony, a oficerów zabrali do obozów i wymordowali w Katyniu. Mi się o uszy Katyń obił. Nikt nie wiedział dokładnie ale plotki były. Mój tatuś cudem uniknął śmierci. Cywile uszli z życiem i na Ukrainie pod Lwowem wzięli i kazali się im przespać w stodole. Tatuś z kolegami nie chcieli się zatrzymywać i szli dalej na zachód w stronę domu. Jak uszli dość daleko to ujrzeli łuny. Paliło się wszystko za nimi. Stodołę z tymi ludźmi podpalili, a jak który się obudził to podobno strzelali do nich. Jak uciekli od tych strasznych wydarzeń to się dostali jako niewolnicy w ręce niemieckie. Szli 3 dni bez jedzenia, a szeregi prowadzili Niemcy z kolbami. Jak kto zasłabł czy schylił się po rzepę, która na polu rosła to ten Niemiec w łeb walił tą kolbą. Umęczeni byli strasznie, ale zaszli tak aż nad morze prawie pod dawne ziemie zaboru pruskiego. Tam na łące był jakiś obóz, gdzie stali Niemcy i tam ich zamknęli. Następnego dnia słabszych wywieźli do obozów, a silniejszych do Niemiec na role. Jak trochę tam pobył to trafił do mamy pod Hanower i jak były naloty angielskie na to miasto to tam tatuś też uniknął śmierci bo jak szedł z pola to zaczął ostrzeliwać go samolot, skoczył i położył się przy rowie, i strzelec myślał chyba, że zabił więc odpuścił i tacie udał się ujść z życiem. Zbliżał się koniec wojny i nadciągał front ruski. Niemcy nocą wszystko szykowali do wyjazdu, piekli chleb i się pakowali. Dziadziuś musiał jechać końmi odwieźć rodzinę tej Niemki do Kalisza. A to niebezpieczne było bo tu front walk był, i w Przykonie i w Uniejowie tu się wszędzie bili. Ale jakoś pan Bóg dał, że dziadkowi udało się ją odwieźć. Przypomniał mi się jeszcze jeden incydent z udziałem SS-Mannów, jak przy kościele złapali jednego, podejrzanego o udział w AK, żandarmi złapali go i przywiązali do koni. Tak go potłukli, że leżał tak dwa tygodnie, aż zmarł. Jak byli Niemcy to to spisa li nas i tych Niemców zostali, tych co byli zdolni do pracy ciężkiej. Siostrę mamusi taką młodszą, bo o mamusia najstarsza była, ta co nas nauczyła pisać i mnożyć, to dali jej zastrzyk. Oj jak ona cierpiała, przez 3 dni. To było parę dni przed tym jak weszli ruskie. Spisali nas na liście i w Dobrej w kościele podłożyli bomby i mieli to wysadzić, razem z tymi co na liście byli, ale dzień wcześniej weszli ruskie i nie musieliśmy tam jechać. Ta siostra co dostała zastrzyk, i jej koleżanka też dostała taki zastrzyk, ale ona zmarła , a siostra przeżyła. I stało się coś nieprawdopodobnego. Stała się ona taka robotna już do końca życia, ale pozapominała wiele rzeczy m.in. jak się pisze i czyta, mnoży, a to ona nas wszystkiego nauczyła. Miała problemy później w szkole, pisać i czytać się nauczyła ponownie, ale tabliczki mnożenia już się nie nauczyła. Ale robotna była do końca życia. Weszły ruskie, babcia i dziadek zdążyli się przeprowadzić do starego domu, a babcia zachorowała, zapalenie płuc. Przez kilka godzin szło wojsko przez ulicę, tak, że nie szło nawet przejść przez ulicę . Do domu babci wwalili się ruscy, generał zajął dom babci, a babcię chorą i nas przerzucili do innych pokoi, a on zamieszkał w pokoju dziadków wraz ze swoją pielęgniarką osobistą. Wprowadzili. My w pokoju spaliśmy, babcia na kanapie, a my na podłodze. Świniaka znaleźli tego co dziadek zostawił i patrzymy, że świniak już się na podwórku opieka. Jeden mniej ważny generał podszedł do mojego najmłodszego braciszka i dał mu batonika bo powiedział, że takiego samego synka w domu zostawił.  Ugotowali ziemniaki i upiekli mięso. Po wojnie wyprowadzili się częściowo Rosjanie. W 1946 roku moi rodzice wrócili z Niemiec ale ja nie chciałam wracać. Mi u babci dobrze było, ale w końcu poszłam do rodziców mimo ze zbyt dobrze ich nie pamiętałam, a moja mamusia była znowu w zaawansowanej ciąży. Wrócili rodzice ale dom był strasznie zdewastowany i trochę zajęło zanim tatuś przywrócił go do poprzedniego stanu i w końcu go ukończył.”

• • • • • • • • • •

Powiat turecki, miejsce II
w kategorii wiekowej: uczniowie szkół średnich

Autor: Nikola Werbińska z I LO w Turku

Pochodził z małej miejscowości Borek Głuchowski. W latach 1940-1947 walczył w polskich siłach powietrznych należących do królewskiej armii Wielkiej Brytanii w dywizjonie 309. Mąż pięknej, angielskiej aktorki - Florence Woodgate. Mój wujek –Mieczysław Kończewski.

Konstancja i Franciszek Kończewscy (moi prapradziadkowie) to rodzice wspomnianego przeze mnie wcześniej Mieczysława. Przed pierwszą wojną światową około 1900 r. wyjechali do pracy do Niemiec. Poznali i zakochali się w sobie w Hamburgu. W 1903r wrócili do Polski, wzięli ślub i osiedlili się w Borku Głuchowskim. Doczekali się pięciorga dzieci: Zofii Florentyny, Ireny, Stefanii oraz Mieczysława. W czasie wojny zostali wysiedleni ze swojego domu i dopiero po jej zakończeniu powrócili na dawne ziemie.

Mieczysław Kończewski urodził się 10 czerwca 1916 r. w miejscowości Borek Głuchowski. Był piątym i naj młodszym, długo wyczekiwanym synem Franciszka i Konstancji Kończewskich. Jako młody chłopiec marzył by zostać pilotem. Dzięki rodzinnemu wsparciu finansowemu ukończył szkołę w Kaliszu. Boisko szkolne sąsiadowało wówczas z placem manewrowym poświęconym dla wojska. Mieczysław z ogromnym zaciekawieniem wielokrotnie przyglądał się mustrze żołnierzy. Młodym chłopakiem zainteresował się jeden z żołnierzy, który udzielił rodzinie Mieczysława rad, co należy zrobić by zwiększyć swoje szanse na zostanie pilotem. To właśnie dzięki wskazówkom owego żołnierza Mieczysław udał się do wymarzonej szkoły oficerskiej w Dęblinie, opuszczając tym samym rodzinne tereny. Ta prestiżowa, polska szkoła lotnicza wymagała poręczenia majątkiem całej rodziny. Mieczysław ukończył szkołę w Dęblinie z licencją pilota oraz dodatkowymi uprawnieniami pilota szybowcowego. W 1939r. w stopniu kaprala, został przydzielony do 1 Pułku Lotniczego - oddziału lotnictwa Wojska Polskiego II RP i do 19.tej Eskadry. Po mobilizacji z odziałem przeniósł się najpierw do Rumunii, a potem do Francji - do Centrum Wyszkolenia Lotniczego w Lyon - Bron. Latał tam samolotami typu Potez 540 oraz Potez 63. Centrum to stało się główną bazą szkoleniową polskich Sił Powietrznych do momentu upadku Francji.

25 czerwca 1940r przybył do Anglii, gdzie do zakończenia służby w styczniu 1947r. walczył w Polskich Siłach Powietrznych należących do królewskiej armii Wielkiej

Brytanii (RAF) w dywizjonie 309 współpracy Ziemi Czerwieńskiej. Dywizjon ten został

utworzony w październiku 1940r. w Renfrew.  Początkowo funkcjonował jako dywizjon współpracy z armią, a później przekwalifikowany został na dywizjon myśliwsko – rozpoznawczy, natomiast ostatecznie na myśliwski. Jego głównymi operacjami wojennymi były: rozpoznanie Wału Atlantyckiego, osłona konwojów, rozpoznanie żeglugi nieprzyjacielskiej, udział w inwazji na Niemcy. Podczas swojego pobyt w Anglii Mieczysław Kończewski wykonał jak o pierwszy pilot 1200 godzin lotów bojowych w dzień i w nocy na różnego rodzaju samolotach: Lysandar, Hurricane , Oxford, Anson i Mosquito. Uzyskał również licencję kontrolera ruchu lot niczego. W t trakcie walk w Bitwie o Anglię, został trzykrotnie zestrzelony przez samoloty niemieckie, (na tyle szczęśliwie, że mógł nadal brać udział w walkach). Przy drugim zestrzeleniu nad okupowaną Francją, cudem nie dostał się do niewoli. Dzięki pomocy Francuzów, mieszkających w miejscu zestrzelenia jego samolotu, przedostał się z powrotem do Anglii.

W 1947r ożenił się z piękną, angielską aktorką Florence Woodgate. Poznał ją podczas wojny w Owestry, w Anglii. Florence należał a wówczas do stowarzyszenia artystów (Entertaintment National Service Assotiation). Owi artyści występowali dla żołnierzy alianckich walczących na terenie Anglii, Francji, Belgii, Holandii, Włoch i Niemiec. Po oficjalny m zakończeniu służby wojskowej dla RAF, które miało miejsce 12 stycznia 1 949 r  rzez pewien czas mieszkali w Anglii. Anglia nie była jednak krajem, w którym dostrzegali swoją przyszłość. Przenieśli się zatem do Argentyny. Ich zupełnie nowy rozdział w życiu rozpoczął się 23 października 1952r. Nie mając wiele pieniędzy zdecydowali, że za inwestują w małą nieruchomość znajdującą się na głównej ulicy Buenos Aires. Posiadłość tą wykorzystali do otwarcia sklepu z kapeluszami i elegancką konfekcją. Prowadzeniem sklep u zajmowała się Florence. Mieczysław zaś rozpoczął przynoszący zysk handel winem. Miłosna historia tych dwojga zapoczątkowana w zawierusze wojennej przetrwała całe życie. Podążali w nim zawsze razem, mimo wielu przeciwności, które napotkały ich los. Według wspomnień Florence - „Dzięki Tekowi” jak nazywała swego męża, ich życie było pełne przygód, podróży, miłości i wielkiej przyjaźni. Mówiła, że wszystkie życiowe decyzje podejmowali razem, zawsze towarzyszyła im zgoda. Florence dumnie nosiła nazwisko Kończewska. Nie mieli niestety dzieci. Przez całe swoje życie Mieczysław myślał O losach swojej ojczyzny i

wielokrotnie ją odwiedzał.  Za każdym razem (co wiem z opowiadań mojej babci) gdy wracał do rodzinnego domu dzielił się swoimi niepotykanymi mrożącymi krew w żyłach przygodami z lotnictwem. Opowiadał o swoich przyjaciołach z dywizjonu oraz o wspaniałych ludziach, których napotkał na swojej drodze. Podziwiał innych ludzi i był im wdzięczny za ogromną pomoc jaką im przekazali.

Mieczysław Kończewski zmarł 25 sierpnia 2000r. w Harbinie w Chinach. Była to jego ostatnia spośród wielu podróży po świecie. Ta wyprawa różniła się od pozostałych. Na jej wyjątkowość wskazuje cel owej podróży, a mianowicie odnalezienie śladów brata ojca Franciszka- Józefa, który wcielony do armii carskiej założył rodzinę z Rosjanką i osiadł na stałe w Harbinie. Warto wspomnieć, że do owej armii carskiej miał zostać wcielony Franciszek, nad którym zlitował się Józef z uwagi na to, że w przeciwieństwie do swojego brata nie miał on żony ani potomstwa. Mieczysław nie zdążył wypełnić swojej misji, o którą prosił go ojciec. Zmarł nagle na wylew. Prochy Mieczysława Kończewskiego zostały pochowane przez Floerence w Harbinie.

• • • • • • • • • •

Powiat turecki, miejsce III
w kategorii wiekowej: uczniowie szkół średnich

Autor: Oriana Pławińska z I LO w Turku

Wspomnienia Zofii Jasnowskiej - urodzonej 1934r., mieszkającej w Milinowie.

Jak wspomina moja ciocia, po rozpoczęciu Il Wojny Światowej jej ojca zabrano do Nieniec. Jakiś czas później przysłano papiery także dla niej i jej matki, przeniosły się do niego w okolice ówczesnego Kolbergu (obecnie Kołobrzegu). Jej dziadkowie, zostali w Milinowie, gdyż byli starsi i ich nie zabrano. Dom nie został zniszczony w trakcie wojny. Mieszkali u niemieckiej rodziny, gdzie ciocia wychowywała się wraz z czteroma córkami gospodarzy. Jej

rodzice pracowali na roli i w gospodarstwie domowym. Chciano, aby jej ojciec został wpisany na Volkslistę, ale powiedział, że za nic w świecie się nie zgodzi.

W trakcie, gdy dzieci chodziły do szkoły, ona zostawała z rodzicami. Spędzała cały czas z Niemcami, więc mówiła tylko i wyłącznie po niemiecku. Ze względu na to, że była jeszcze dzieckiem nie nosiła obowiązkowego „P”, które musieli nosić Polacy. Dzięki temu mogła bez problemu chodzić do kina, cyrku czy teatru z dziewczynkami. Mieszkali na wsi, ale mieli niedaleko do miasta, więc chodziła na zakupy i mogła kupować rzeczy zakazane dla Polaków np. piwo. Było ono czarne i słodkie, mówi, że lubi jego smak do dziś.

Nadmienia, że spędziła 3 tygodnie w szpitalu w Niemczech, gdyż była chora na dyfteryt. Jest to choroba zakaźna, więc musiała wyjechać, aby nie zarazić innych. Nie wie dokładnie gdzie była, ale wspomina, że długo jechała pociągiem. Był zakaz odwiedzin, więc jej matka wróciła na wieś. Położono ją wraz z innymi Polakami: dziećmi, mężczyznami, kobietami. Gdy przyszedł lekarz, powiedziała, że nie będzie z nimi. Zaskoczony zapytał, czemu, gdyż jest Polką. Odpowiedziała: „Polka nie Polka, trochę jakbym była Niemka, ja tu nie będę, bo nie jestem nauczona w takim brudzie być”. Przeniósł ją do trzech panien. Miała tam dobrze, gdyż na nią uważano, bo mówiła po niemiecku. Ze szpitala przywiozła ją siostra zakonna.

Gospodarz był ochroniarzem w więzieniu w Kolbergu. Czasami miał spotkania w domu, wysyłali ją wtedy do pokoju, aby niczego nie usłyszała. Pewnego razu pod koniec ich rozmowy - jak wspomina - mówili, że niedługo będzie koniec, bo już Rosjanie jadą. Było to już na początku 1945 roku.

Brat gospodyni dawał schronie prześladowcom z  Besarabii. Niektórzy nocowali tam gdzie moja ciocia. Jedną z uciekinierek była młoda kobieta z dzieckiem. Na wieczór spaliła ich dokumenty, gdyż powiedziała, ze jej już nie będzie to potrzebne po czym wykąpała siebie i dziecko. W nocy, gdy wszyscy już zasnęli ona wstała i powiesiła najpierw chłopczyka, a potem siebie. Pamięta, że kobieta podłożyła pod nogi temu chłopu jej sanki.

Na końcu wojny przyjechali Rosjanie. Wypytywali jej ojca o to, czy ta kobieta była dobrą gospodynią, czy Niemcy byli dobrzy dla nich. Jeden z Rosjan wyciągnął karabin i ustawili ich pod domem, również dzieci. Ojciec odpowiedział: „Dobre! Dobre! Dobrzy byli, krzywdy nie mieliśmy” i puszczono ich.

W marcu 45. roku, powrócili do Milinowa. Podczas powrotu przy drodze a to leżał zabity koń, a to człowiek. Ciocia mówi, że nie ogląda wojennych filmów, bo ona widziała to na własne oczy. Wracała razem z nimi Ukrainka, która chroniła ich. Potem jakiś czas mieszkała z nimi i wyjechała. Miała napisać, gdy dotrze na miejsce, ale nic do tej pory nie przyszło i minęło jak z wiatrem. Po powrocie, już w kwietniu 45. roku poszła do szkoły, w wieku 11 lat.

W trakcie wojny urodziły się jeszcze dwie córki. Jak jej mama była w ciąży, to odsyłali ją do domu. We Władysławowie akuszerka odbierała poród i nigdy więcej tych dzieci nie widziano. Prawdopodobnie je topiono albo duszono. Po czym wracała na wieś jakby nigdy nic się nie stało. W 46. roku ponownie zaszła ciążę i urodziła bliźniaków. Pierwsze dziecko zmarło przy porodzie, a drugie przeżyło - była to moja babcia.

Chcesz nas zainteresować tematem? Czekamy na sygnały/materiały. Piszcie na alert@lm.pl.

Czytaj więcej na temat:Margareta Budner,   konkurs,   Między pokojem a wojną
Copyright © 1999 - 2019 LM LOKALNE MEDIA Sp. z o.o. Korzystanie z portalu oznacza akceptację regulaminu.
programowanie: PERSABIO