LM.plSportMaciej Serafiński: „Założyłem się z ojcem, że dam radę. Wyszło na moje”

Maciej Serafiński: „Założyłem się z ojcem, że dam radę. Wyszło na moje”

Dodano:
Maciej Serafiński: „Założyłem się z ojcem, że dam radę. Wyszło na moje”
Wywiad

Maciej Serafiński to koninianin, który z powodzeniem startuje w biegach OCR (Obstacle Course Racing, w potocznym tłumaczeniu biegi z przeszkodami). Opowiedział nam o tym, jak to się wszystko zaczęło, ale nie tylko. Zapraszamy do lektury krótkiego wywiadu.

Skąd u pana pojawiło się zainteresowanie bieganiem?

Zacząłem w 2012 roku. Tata uważał, że nie przebiegnę dziesięciu kilometrów. Założyłem się z nim o to, że jednak dam radę. I wyszło na moje. Zresztą wtedy razem wystartowaliśmy w Biegu o Lampkę Górniczą. Do tego biegu byłem zupełnie nieprzygotowany. A tak już bardziej na poważnie zacząłem trenować kilka miesięcy później. Wygrałem choćby bieg Milowego Słupa.

Startował pan także w mistrzostwach konińskich szkół.

Tak, udawało mi się wtedy być w czołowce.

A kiedy i dlaczego zaczął pan startować w OCR-ach?

Po dwóch latach przerwy tata zaprosił mnie na treningi i zdobyłem kwalifikacje na mistrzostwa Europy. Okazało się, że nie odstaję tak bardzo, więc postanowiłem spróbować. Jadąc na jakiekolwiek zawody w biegach przełajowych jestem w gronie faworytów i to daje nową motywację.

Czym była spowodowana przerwa?

Zakończyłem edukację i zacząłem pracować, wróciłem też do palenia (śmiech) Nie da się wtedy zrobić wyniku. Można biegać, ale jedynie rekreacyjnie.

Proszę powiedzieć kilka słów o startach w Viking Run.

Było o tyle łatwiej, że organizatorem Viking Run jest mój kolega, Wiktor Wójcik. Za pierwszym razem udało się wygrać, a ogółem trzy razy brałem udział w tej imprezie.

Jakie uczucie panu towarzyszy po wygranych zawodach?

Wszystko zależy od konkurencji. Jeżeli rywale są wymagający, to bardzo się cieszę. A jeżeli nie, to cóż... Nie daje to wielkiej satysfakcji.

Od razu nasuwa mi się pytanie, czy decyzję o tym czy brać w czymś udział lub nie, podejmuje pan sprawdzając, kto się już zgłosił?

W niektórych biegach biorę udział ze względu na pulę nagród. A w innych ze świadomością, z kim przyjdzie mi się zmierzyć i chcę się po prostu sprawdzić. Biegnąc z lepszymi można dać z siebie więcej.

Skoro już pan poruszył kwestię finansów. Jakiego rzędu są to nagrody?

Od razu zaznaczę, że nie idzie się z tego utrzymać. Nagrody są różne – 500, 1000 złotych. Od tego trzeba odliczyć koszty dojazdu, wpisowe, nocleg, wyżywienie. Więc tak naprawdę na koniec niewiele z tego zostaje. I to mówimy tylko o nagrodach za pierwsze miejsce.

Nadal jeździ pan na zawody z ojcem?

Tak, wtedy koszty dzielone są na pół i więcej zostaje pieniędzy w przypadku osiągnięcia dobrego wyniku.

Co panu sprawia więcej przyjemności? Biegi przełajowe, czy uliczne?

To pierwsze. Są bardziej nieprzewidywalne. Jak pan spojrzy na listę startową biegu ulicznego, to już pan wie, kto i o co będzie walczył. Natomiast na OCR-ach można być na jedenastej pozycji, a ostatnia przeszkoda spowoduje, że się wygra. Kiedyś sam się o tym przekonałem. Z miejsca trzeciego spadłem na dziewiętnaste. Nie byłem z tego powodu zadowolony (śmiech)

Jakie ma pan najbliższe plany startowe?

Czerwcowe Mistrzostwa Europy OCR w Val di Fiemme we Włoszech.

Co skłoniło pana do startu w Ninja Warrior?

Większość osób, które biorą udział w tym programie, kiedyś startowało albo nadal startuje w OCR. Ten program je spopularyzował. Wręcz wyodrębniła się osobna dyscyplina Ninja, która rozgrywana jest na dystansie 100-150 metrów. Natomiast biegi OCR rozpoczynają się od trzech kilometrów.

Jeżeli wystartuje kolejna edycja, to pewnie pan znowu się zgłosi?

Ja chcę wygrać ten program! Największym problemem jest to, aby się dostać. Zupełnie inne kryteria doboru uczestników są w Polsce, a inne w USA. U nas to wiadomo, jakaś łzawa historyjka, za oceanem natomiast biorą najlepszych. Moim głównym celem był finał, ale nie udało się. Trzeba mieć świadomość, że w programie jest tylko jedna próba, bez wcześniejszego zapoznania się z przeszkodą. Odpadło wielu bardzo dobrych zawodników. Np. Vania Kohut dwa razy był drugi, a w bieżącej edycji programu nie poradził sobie na tzw. „grzybkach” i odpadł w eliminacjach. Można sobie wyobrazić, co czuł.

Jaka jest atmosfera w trakcie programu?

Bardzo dobra, jeden wspiera drugiego. Tak jak w zawodach, w show Polsatu każdy walczy przede wszystkim z przeszkodami i z samym sobą.

 

 

Maciej Serafiński: „Założyłem się z ojcem, że dam radę. Wyszło na moje”
Czytaj więcej na temat:
Maciej Serafiński
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole